Adres:

Zgromadzenie Misjonarzy Świętej Rodziny

ul. Małoszyńska 27, skr. poczt. 43

60-176 Poznań

 

Kontakt:

tel: +48 618 689 927

kuria@msf.opoka.org.pl

http://www.misjonarzemsf.pl

27 września 2020

Polecamy również:

Testament duchowy ks. Jana Berthier

Oto mój „testament duchowy”, spisany we wrześniu, miesiącu naszej pani z La Salette, 1903 roku.

Pragnę, aby Moje Dzieci przechowały go na wieki i przynajmniej raz w roku czytały go w Zgromadzeniu Św. Rodziny. Liczę na ich dobre serce i gorliwego ducha oraz sądzę, że pozostaną wierni wskazówkom, które zostawiam dla ich dobra i rozkwitu Dzieła.

Niech nie zapominają, że Zgromadzenie zostało powołane do życia w celu pomnożenia liczby misjonarzy dla wysłania ich na misje zagraniczne, że najskuteczniejszym i najszybszym środowiskiem do zrealizowania tego Dzieła z woli Opatrzności jest zakładanie i rozwijanie szkół apostolskich, żeby w końcu do owych szkół przyjmowano przede wszystkich tych, którzy gdzie indziej z powodu ubóstwa lub spóźnionego wieku nie mogą dojść do swego celu.

Do takiego, zatem punktu widzenia muszą być nakłonione i skoncentrowane: duch i dobra wola wszystkich. Taki jest bowiem sens istnienia tego dzieła. Taki plan działania, który jego świątobliwość papież Leon XIII raczył pobłogosławić.

Mimo to na przyjęcie kandydata po 30 roku życia trzeba się postarać o pozwolenie Stolicy Apostolskiej. Takie bowiem obowiązują normy, przepisane przez Kongregację Biskupów i Zakonników. Tych przypisów należy się trzymać dla porządku.

Według mojego zdania jest to Dzieło wielkiej doniosłości, ponieważ daje możność urzeczywistnienia powołania misjonarskiego: żołnierzom, robotnikom i wieśniakom chrześcijańskim, którzy noszą w sobie od młodości to święte wezwanie bez szans jego urzeczywistnienia, a tu otwiera im się drogę do osiągnięcia wymarzonego celu. Chociaż w praktyce nie każdy dociera do mety, to jednak doświadczenie uczy, że wytrwałość i jakość tego rodzaju powołań nie jest wcale gorsza od tych, którzy w wieku chłopięcym zostali przyjęci.

Przede wszystkim pożytecznym będzie ograniczyć ich studia do minimum. Mimo to trzeba będzie jednak ich nauczyć wszystkiego, co należy do ekwipunku doktrynalnego misjonarza, aby mogli wyruszyć w świat z niezawodną i z najlepszych źródeł zaczerpniętą wiedzę teologiczną. Wszystkim polecam moje własne książki. Złożyłem w nich wszystko, co najlepszego zdołałem pozbierać w ciągu długich lat nauki dla życia praktycznego księdza, zakonnika i dla poszczególnych stanów wiernych.

Żywię nadzieją, że Moje Dzieci znajdą się na właściwej drodze, gdy przyswoją sobie moje dzieła i uważać je będą za drogowskazy przy sprawowaniu swego urzędu apostolskiego. Sądzę, że i owocnie działać będą, zajmując się ich rozpowszechnianiem. Dlatego radzę, aby wszystkie moje dzieła przeczytali, zanim rozpoczną swoją działalność apostolska w pracy duszpastersko-rekolekcyjnej.

Ponieważ celem Instytutu jest przyjmowanie młodzieńców z dobrą wolą, pożyteczną będzie rzeczą przy pierwszym przyjmowaniu do szkoły apostolskiej nie stosować zbyt rygorystycznej skali metod. Naturalnie, od tych, którzy przybyli z innych instytutów, należy domagać się przynajmniej opłat za naukę i utrzymanie. Trzeba także zasięgnąć poufnych wiadomości od kierownictwa poprzedniej szkoły, a o innych informacjach zachować tajemnicę. Gdy będzie chodziło o przyjmowanie do nowicjatu, sprawy należy traktować w ramach surowszych kryteriów. Tych, którzy nie wykazują przywiązania do Instytutu i nie posiadają odpowiednich walorów, że będą pożyteczni dla Zgromadzenia, należy skierować do innych zakładów. Tym mniej można dopuścić do pierwszej profesji takich, którzy nie przerobili z pozytywną oceną zadawalająco nowicjatu. Ostrzejszą jeszcze miarę należy stosować przy dopuszczeniu profesów czasowych do ślubów wieczystych, jeżeli się ma uzasadnione podejrzenie, że nie będą służyli w Zgromadzenie ku zbudowaniu innych, a w przyszłości mogą stworzyć wprost tamę dla rozwoju Dzieła.

Zawsze oskarżano mnie o zbyt wielką pobłażliwość przy przyjmowaniu nowych aspirantów. Nie chciałbym bynajmniej tym przykładem wyrządzić moim dzieciom jakichś szkód. Ale usilnie zachęcam, by przy przyjmowaniu wkładali w swoje formalności trochę serca, a w metodach wychowawczych – więcej ciepła. Oby bez uprzednich pouczeń i upomnień nie wydalali nikogo. Gdyby ktoś opuszczający nasze Zgromadzenie rokował nadzieję, że gdzie indziej mógłby pożytecznie pracować, należałoby tam go skierować, wyjednując mu przyjęcie. Trzeba się jednak strzec obciążenia Instytutu niezdolnymi kandydatami albo takimi, którzy później mogliby się stać dla niego kamieniem obrazy i nieszczęścia. To musiałoby niechybnie nastąpić, gdyby się przyjmowało i trzymało ludzi o wybujałym dążeniu do niezależności, skorych do krytyki, ludzi bez zdrowego rozsądku, przesadnie drażliwych i niesumiennych.

Co się tyczy braci laików, niedobrze byłoby przyjmować ich zbyt wielu i pozbawionych całkowicie majątku. Gdyby bowiem sami nie wytrzymali po dłuższym okresie lub z powodu złego zachowania się musieli być wydaleni, wówczas niczego nie posiadając znaleźliby się w nędzy materialnej, co sprawiłoby im wiele kłopotów, a Zgromadzeniu przyniosłoby sporo niepokoju. Dlatego dobrze będzie przyjmować ludzi sumiennych. Są oni bowiem wśród swych prac i zajęć jeszcze bardziej narażeni na pokusy błądzenia od innych. Trzeba zawsze pamiętać o tym, czy dadzą sobie w życiu radę, gdyby nie wytrwali w powołaniu.

Jest rzeczą nad wyraz konieczną, aby uczniowie pracowali także fizycznie. To należy do ducha Świętej Rodziny. Pracą jest zresztą zbawienną pokutą, podtrzymuje ducha pokory, prostoty i ubóstwa. Daje okazję do uczynienia czegoś dla Zgromadzenia i okazania wdzięczności dla niego. Praca skraca czas na szerokie (luźne, zbyteczne) rozmowy, które dla młodych ludzi nie zawsze są pożyteczne. Jest także oczywiste, jak na dłoni, że praca uczniów zmniejsza potrzebę wysiłków braci. Ci ostatni bowiem powinni mieć powierzone prace i obowiązki dłuższe, które nie dałyby się pogodzić z nauką. Chodzi tu mianowicie o propagandę książek i czasopism, by Instytut był znany na zewnątrz. Do prac związanych z propagandą należy wybierać ludzi tylko o zdrowym rozsądku, odznaczających się taktem i uprzejmością wobec innych, miłą powierzchownością i dobrocią. Nie zaś ludzi przykrych i natarczywych wobec otoczenia, przez których mogłoby Zgromadzenie ucierpieć na dobrej sławie. Brat na propagandzie powinien się powstrzymać od palenia papierosów i picia alkoholu. Powinien raczej przez skromność, pobożność i przystępowanie do Sakramentów świętych być przykładem dla ludzi świeckich. Tylko braci poważnie myślących i ugruntowanych jak skała można wysyłać pojedynczo na propagandę. W przeciwnym razie – po dwóch. Za dnia mogą się rozejść pojedynczo, by obsłużyć większą część domów. Niech uważają, by nie zatrzymywać się zbyt długo u poszczególnych rodzin, a tym mniej przesiadywać u kobiet samotnych w młodszym wieku. Niech się starają, by zabezpieczyć sobie nocleg w pomieszczeniu oddzielnym od ludzi. Na posiłki powinni schodzić razem. Mogą wyjątkowo przyjąć zaproszenie, gdyby ktoś ich poczęstował kawą lub herbatą. Poczęstunków takich nie powinni przyjmować u kobiet samotnie mieszkających. Bracia, którzy w taki sposób przebywają na propagandzie i z zapałem oddają się tego rodzaju apostolstwu, a swoim poświęceniem i nienagannym życiem pociągają innych do dobrego, są prawdziwymi misjonarzami. Nie zadowolą się samym kolportażem książek i czasopism, ale zachęcą odbiorców do gorliwego czytania literatury religijnej, zwłaszcza podczas zimowych wieczorów. Praca ich wyda jeszcze korzystniejszy plon, gdy w każdej parafii postarają się o ustanowienie gorliwych zelatorów lub zelatorek, którzy ich dzieło dalej poprowadzą. Można im zaproponować za te usługi wynagrodzenie w postaci prowizji od ilości sprzedanych egzemplarzy książek i czasopism, naturalnie po uprzednim przekonaniu się o ich uczciwości. Podczas swojej pracy propagandowej niech starają się bracia zachować, o ile to możliwe, wszystkie przepisy odnoszące się do ćwiczeń. Niech nie zaniedbują Mszy św., rozmyślania, rachunku sumienia, różańca i Drogi Krzyżowej.

Przy przyjmowani braci należy również zachować większe środki ostrożności ze względu na ich przyszłą pracę propagandową. Często oddaleni w pracy od wspólnoty zakonnej, podlegają wówczas mniejszej inwigilacji, niż studenci i scholastycy, czy inni profesi. Jeżeli to zatem, nie będą ludzie gruntownie urobieni, dojrzali i pewni zakonnicy, zachodzi obawa, że mogą się stać przyczyną wielu kłopotów dla Zgromadzenia.

Bracia, dopuszczeni do profesji zakonnej, powinni być we wspólnocie traktowani na równi z innymi jako prawdziwi zakonnicy. Trzeba ich szanować, przychodzić im z pomocą w trudnościach, odwdzięczyć się za usługi. Gdy chodzi o ćwiczenia duchowe, trzeba im wyznaczyć odpowiedni czas na ich odprawianie i baczyć, aby z latami nie ostygli w gorliwości na drodze do uświęcenia.

Taki sam wzgląd należy okazywać laikom, którzy się związali z naszym Zgromadzeniem, nie przez złożenie profesji, lecz przez oddanie swych usług i prac dla naszego Dzieła. Stają się przez to prawdziwymi dobrodziejami dla naszych domów. Oni stosują się do wspólnego porządku domowego, którego przestrzeganie ma wyjątkowe znaczenie dla wszystkich.

Zawsze będziemy się cieszyli większym szacunkiem, gdy nikomu i w niczym nie będziemy dokuczali. Nie możemy jednak stawiać zarzutu temu, kto w listach prywatnych do osób znajomych pisze o brakach i niedostatkach Instytutu, lub nawet umieszcza podobne uwagi w ulotkach lub prospektach propagandowych. W diecezji Hertogenbosch należy jednak zaniechać tego rodzaju akcji, chociaż książki można rozsyłać. Przyrzekłem księdzu Biskupowi, który nas przyjął, że nie będziemy materialnie obciążali jego diecezji. Tak samo i gdzie indziej należy naszą akcję propagandową prowadzić ostrożnie i delikatnie. W publikacjach drukowanych /książki, czasopisma, broszury/ można dołączyć ogłoszenia dotyczące naszego Instytutu, podać jego stan materialny, personalny i wyłuszczyć zdania na przyszłość. Można podać informacje o studentach nieuiszczających opłat i o dobrodziejach, którzy zobowiązali się uiszczać za nich pensje, o korzyściach duchowych i przywilejach zastrzeżonych dla dobrodziejów. Unikać jednak należy wszelkiej żebraniny. Słyszy się często, że taki sposób oburza ludzi i zniechęca do ofiarności. Gdy będzie się miało własne pismo (zaczęło się ono ukazywać w roku 1904 jako „Messager de la Sainte Famille”) wówczas można będzie podawać w nim budujące przykłady ofiarności dobrodziejów na cele misyjne i ogłaszać stypendia przeznaczone na wykształcenie misjonarzy.

Jest sprawą ważną i konieczna, aby takie czasopismo jak najprędzej wydawać pod tytułem „Posłaniec Św. Rodziny”. Mogłoby najpierw ukazywać się w języku francuskim i niemieckim, potem w holenderskim, wreszcie w innych językach. Na szpaltach tego czasopisma powinna być wydrukowana moja książka „O kulcie i naśladowaniu Św. Rodziny”. Trzeba będzie tam także ogłaszać przykłady o czci Św. Rodziny w różnych krajach Europy. Do zdobycia tych wiadomości powinno się abonować inne periodyki i magazyny religijne, z których cenne rzeczy należałoby przedrukować. Powinny tam także znaleźć miejsce opisy z naszego życia klasztornego, wypowiedzi uczniów i dobrodziejów na tematy misyjne, podziękowania za wysłuchane prośby oraz ogłoszenia o śmierci naszych dobrodziejów Instytutu i o zmarłych abonentach z prośbą o modlitwy za nich. Powinny tam być drukowane wieści z terenów misyjnych i ze świata katolickiego. Można tam także podać reklamę rozmaitych książek. Pismo to w ramach prasy katolickiej będzie spełniała prawdziwe apostolstwo i tym większe będą jego sukcesy, im lepiej będzie redagowane.

Należy wyznaczyć jednego lub więcej księży we Francji, którzy byliby tam kierownikami propagandy książek i czasopism. Tę samą rolę mogliby spełniać księża w innych krajach, z których pochodzą. Każdy bowiem zna najlepiej swoje ojczyste tereny. Każdy jest mile widziany w swoim kraju. W roztropności swojej niech nie rozgłaszają, że Instytut daje utrzymanie kandydatom rozmaitych narodowości, bo to mogłoby niektórych dobrodziejów pobudzić do wstrzymania się od dalszych ofiar.

Kapłani powinni w każdym kraju szukać zelatorów i zelatorki, którzy zajęliby się kolportażem książek i czasopism. Ponieważ moje książki znane są wśród kapłanów francuskich, można im polecić ostatnie publikacje, aby je także zalecili swoim sympatykom. Stąd popłyną dochody na nasze dzieło. Gdyby jednak wyżej wymienione środki nie starczyły na utrzymanie, należy wydatki ograniczyć do potrzeb najkonieczniejszych. Przede wszystkim trzeba się strzec kupowania drogich budynków oraz takich, które wymagają wielkich remontów przy adaptacji. To samo dotyczy zamówień innych zbytecznych przedmiotów, aby nie przeciążać źródeł dochodów przeznaczonych dla dzieła spóźnionych powołań. Mam niezłomną nadzieję, że te źródła dochodów, które za czasów mego życia zostały zapewnione, pozostają dalej niezmienione i dopomogą Instytutowi do prosperowania w jego najkonieczniejszych potrzebach. Zresztą, leży to w duchu Kościoła, aby jakaś instytucja posiadała własny majątek dla swego rozwoju i utrzymania osób z nią związanych. Trzeba będzie postarać się o zwiększenie stałego funduszu, w miarę, jak będzie się powiększać liczba alumnów. Przy końcu roku rachunkowego nadwyżkę należy dać na przechowanie do banku, aby z tego urósł procent.

Sprawa jest delikatna i złożona, gdy ktoś z dobrodziejów chce oddać w depozyt swoje pieniądze do kasy Zgromadzenia z tym zastrzeżeniem, aby po jego śmierci przeszły one na własność Instytutu. Należy wówczas zaradzić, aby zleceniodawcy nie żądali w zamian kwitu, czyli rewersu. Na wypadek bowiem zgonu takich dobrodziejów, rodzina mogłaby zażądać zwrotu pieniędzy. Obiecać jednak należy, że za życia będzie się takim dobrodziejom wypłacało procenty, a nawet zwróci się całą sumę, gdyby ofiarodawcy znaleźli się w potrzebie. Trzeba także takich ludzi pouczyć, aby nie zostawiali notatek i bliższych danych odnośnie poczynionej darowizny, aby ich spadkobiercy nie mogli zaczepić Instytutu po ich zgonie. Chociaż jest rzeczą dozwoloną przyjmowanie ofiar i jałmużny od osób wielkodusznych, mających prawo rozporządzać swoim majątkiem, jednak roztropniej będzie tak tylko przyjmować dary na przechowanie, aby w razie potrzeby je oddać. Nie wolno takiego majątku obracać na zakupy, które mogłyby ulec zniszczeniu lub konfiskacie. Biedni ludzie, którzy w swej gotowości popierania dobrych dzieł składają pieniądze, a widzą potem zaprzepaszczenie swego majątku z nieprzewidzianych skądinąd powodów, przeklinają potem tych, którzy byli pośrednikami w odbiorze tego majątku na dobre cele. Takie wydatki miałem możność stwierdzić niejednokrotnie. I to, według mego zdania, wyrządza zło niepowetowane. Widziałem ludzi, którzy po ruinie majątku jakiegoś kapłana, któremu złożyli w depozyt pieniądze, pałali wielką nienawiścią ku Kościołowi.

Z tą samą ostrożnością powinno się podchodzić do osób, które nam ofiarują swoje usługi, nie przyjmując wynagrodzenia pieniężnego lub nawet oddają nam swoją rentę. Można taką rentę lub odsetki, w czasie ich pobytu u nas, przyjmować, ale kapitał należy zostawić nienaruszony, aby w razie ich odejścia mógł być im zwrócony.

Ponieważ już mówię o dobrodziejach, proszę Moje Dzieci, aby nigdy nie zapomniały, co dla nich uczyniły siostry Hermancja i Maria. Niech je czczą jako matki i poważają je, oddając ich kierownictwu na jak najdłuższy czas troski ekonomiczne Zgromadzenia. Nikt nie podejmuje się tego z większą od nich gorliwością. W najpierwszych potrzebach Zgromadzenia, mogą one także służyć swoją radą. Odznaczały się zawsze wielkim poświęceniem dla Instytutu i z miłości dla niego będą także zdolne służyć radą tym, którzy będąc młodszymi, nie posiadają takiego doświadczenia. Niechaj do swojej śmierci doznają w domu naszym wszelkiej pomocy i wdzięczności, na którą zasługują. Niech będą pochowane na cmentarzu naszej rodziny zakonnej i niech mają udział w modlitwach i zasługach Zgromadzenia. Można je pochować w miejscu po prawej stronie cmentarza, przy wejściu, obok grobu pana Bruyant. Oby nigdy nie potrzebowały żałować, że dla Instytutu opuściły świat i oddały całą swoją majętność.

Można by w jednym domu, niezależnie od naszych klasztorów, przyjąć pobożne i dobre kobiety, które chciałyby stanąć do dyspozycji w realizowaniu naszych zadań i stać się dobrodziejkami naszej sprawy. Naturalnie należałoby tu postąpić z wszelką ostrożnością, jakich wymagają roztropność chrześcijańska i dobre imię naszego Zgromadzenia. Zachować tu należy jak najdalej idącą ostrożność i przyjmować w takim wypadku tylko osoby w wieku dojrzałym. Nie powinno się z nimi rozmawiać na osobności, z wyjątkiem oczywiście konfesjonału. Chwilowo nie można utworzyć żeńskiej gałęzi Instytutu, zależnej od naszego Zgromadzenia. Zabraniają tego przepisy Świętej Kongregacji. A one są przecież wyrazem mądrości Kościoła.

Z zakładaniem nowych domów nie należy się spieszyć. Na pewno jest lepiej, gdy w domu macierzystym znajduje się większa społeczność, dopóki wolność oraz życzliwość władz na to pozwalają, niż posiadać 20 małych domów, w których życie lokatorów przebiegałoby smutniej, a regulamin klasztorny nie byłby przestrzegany. Lepiej zatem będzie kupić lub wynająć w Grave nowy dom, który służyłby tylko na nocleg, a za dnia wszyscy zbieraliby się w domu macierzystym na wspólne modlitwy, posiłki i prace. Nie naraziłoby się wtedy wspólnoty na niepotrzebne rozproszenie.

Przy rozczłonkowaniu na mniejsze wspólnoty, cierpi zarówno rygor zakonny, jak również narażamy się na niepotrzebne wydatki. Ile domów - tyle kuchni, tyle oddzielnych budżetów i rachunków. Tylko jedność stwarza siłę. Pozostańmy, więc razem, pomagajmy sobie nawzajem, aby nasze Dzieło wspólnie doprowadzić do rozkwitu.

Obok obserwancji, ubóstwa i oszczędności, potrzebne jest wspólne życie. Oto prosty rachunek oszczędności przez życie we wspólnocie. Wyobraźmy sobie, ile potrzeba by było izb, jakiego budynku, żeby mogło dwudziestu ludzi mieszkać oddzielnie. A ile trzeba dla wspólnoty pod jednym dachem? Gdy przebywają razem, wystarczą dwie sale dla tej liczby. Poza tym życie wspólne nadaje każdemu tylu Aniołów Stróżów, ilu współbraci mieszka razem. Jeżeli współbracia odprawiają swoje ćwiczenia duchowe wspólnie, nie zachodzi obawa, że je opuszczą. Również praca staje się przyjemnością w towarzystwie innych, którzy sobie nawzajem pomagają. Jestem więc zdania, że życie wspólne, chociaż dla niektórych przykre, dla większości jednak stanowi silną podporę i pomoc do dobrego. Należy je więc pielęgnować, jak tylko możliwe we wszystkich naszych domach.

Jeżeli ja w podeszłym już wieku prowadziłem z moimi dziećmi wspólne życie czy to: na sypialni, w studium i w innych miejscach, czyniłem to między innymi w tym celu, aby ich nauczyć i przekonać o ważności i znaczeniu wspólnego życia. Ufam, że moi synowie, chociaż młodsi, nie cofną się przed pewnymi trudnościami, aby służyć wspólnemu dobru w karności i zachowają na zawsze i sumiennie normy wspólnego życia. Nie należy tu również zapominać o obowiązku zachowania milczenia w salach wspólnego studium i w refektarzu, z wyjątkiem oczywiście rekreacji. Dodaję do tego jeszcze, że wspólne życie wyklucza marnowanie czasu., co stanowi specjalnie wielką korzyść dla tych, którzy rozpoczęli w późniejszym wieku naukę i potrzebują każdej chwili wolnego czasu, aby zdobyć odpowiednią wiedzę, by móc kiedyś innych nauczać i pracować dla dzieła misyjnego. Rzadko opuszcza się salę wspólną, by nie tracić cennego czasu. Smutny to zysk i nędzny przykład dla innych w bezmyślnym chodzeniu tu i tam, podczas gdy pozostali trudzą się nad książkami, zdobywając w skupieniu odpowiednią wiedzę.

Należy wprowadzić metodę wspólnych powtórek. Mają one tę zaletę, że przynoszą realną korzyść i ułatwienie tym, którym trudniej przychodzi nauka. Takie repetycje powinno się przeprowadzać pod przewodnictwem jednego, który czuwa nad ich przebiegiem i nie dopuszcza do jałowych zboczeń na inne tematy.

Szczególnym błogosławieństwem Pana cieszy się wspólne odmawianie brewiarza przez tych, którzy są do tego zobowiązani oraz wspólne odmawianie różańca z alumnami i braćmi. „Wtedy ja jestem między wami” – mówi Pan. Nikt nigdy z brewiarzem nie będzie opóźniony, gdy odmówi go razem ze współbraćmi. Gdy to będzie rzeczą trudną czy niemożliwą, wtedy radzę czynić to tak, jak ja czyniłem: odmówić cały brewiarz jak najwcześniej i nie odkładać go na późne godziny, a korzystać z prawa antycypowania. To przynosi prawdziwe odprężenie ducha, gdy się ma świadomość, że obowiązek nałożony przez Kościół już spełniony. Potem już bez niepokoju można się oddawać obowiązkom kapłańskim i innym.

W ten sam sposób napominam do spełnienia obowiązku innych pobożnych ćwiczeń, jak: rozmyślania, rachunku sumienia, czytania duchowego, itp. Jeżeli nie można ich odbyć wspólnie, wtedy należy im poświęcić pierwszą wolną chwilę, jaką się ma do dyspozycji. Gdy się odkłada te ćwiczenia na ostatnią godzinę, wtedy zachodzi niebezpieczeństwo, że zostaną skrócone lub niedbale odprawione, co uczyni je do pewnego stopnia bezowocnymi. Należy się również wystrzegać, aby pod pozorem gorliwości nie przedkładać tego, co jest mniej ważne, ponad nasz cel, np. działalności zewnętrznej (duszpasterskiej) nad misje i wychowanie misjonarzy. Cel główny Instytutu jako taki został przedstawiony Ojcu św. (Leonowi XIII), a także niedawno Świętej Kongregacji Propagandy, jest nim wychowanie zakonników, księży i misjonarzy oraz zakładanie domów zakonnych, gdzie mogliby być przyjęci starsi powołaniem i tacy, którzy z powodu ubóstwa gdzie indziej nie są przyjmowani.

Zbyteczną staje się rzeczą wykazywać istnienie takich powołań. Instytut nasz jest dowodem ich istnienia. Zakładanie specjalnych domów dla ratowania takich powołań i kształcenia w nich owych kandydatów zdaje się być moralną koniecznością, bo inaczej większa ich część byłaby skazana na pewna zgubę. Wszyscy zatem powinni wysoko cenić powierzone im zadania i prace, a Instytut szanować według jego wartości i nawet wyżej cenić od wszystkich innych. Niech swoją gorliwością doprowadzą do tego, by sami przyczyniali się twórczo do jego rozwoju, do doskonalenia Dzieła. To stanie się wówczas, gdy będą sumiennie i fachowo spełniali swoją rolę jako profesorowie, nauczając dobrze i z uwagą takiej metody, aby ich uczniowie z zainteresowaniem zdobywali odpowiednią wiedzę. Zdolnych zaś uczniów należy otoczyć specjalną opieką, aby ci mogli później znów nauczać innych. Wszyscy wykładowcy, przy każdej sposobności, powinni zachęcać uczniów swoim przykładem do karności i pełnienia jak najwięcej dobra. Niech promieniują na otoczenie przykładem łagodności, połączonej ze stanowczością, głęboką wiarą i miłością Boga i bliźniego.

Ci, którzy całe swoje życie poświęcają pracy wychowawczej i nauczaniu w naszych domach, są twórcami dobra, które im będzie przypisane jako nagroda dla ich duszy: „Którzy innych pociągają ku sprawiedliwości, jaśnieć będą jako gwiazdy na wieki”. Życzę sobie, aby wszyscy, którzy w Zgromadzeniu będą wywierali jakiś większy lub mniejszy wpływ przez swoją pobożność lub zdolności, przejęli się tymi myślami i zasadami, a potem przekazali je innym do zrozumienia, do przyjęcia i zrealizowania. Oby nigdy do naszych domów nie wtargnęła opinia, która by wniosła i zalecała sprzeczne z powyższymi idee.

Jeżeli myśli wszystkich będą podążały w jednym kierunku, wtedy i serca będą się czuły szczęśliwsze, swobodniejsze. Różnice bowiem w poglądach prowadzą do zakłócenia życia wspólnego, do różnych sprzecznych zachcianek i dążeń. W tak stworzonym chaosie nie wszyscy mogą się przyczyniać do wspólnego dobra Zgromadzenia i tym samym nie mogą jednoczyć się w dynamice rozwoju wspólnego dzieła. Gdzie istnieje różnica w poglądach, tam otwiera się szeroko pole do poróżnienia serc. Tymczasem w Świętej Rodzinie powinno być tylko jedno serce i jedna dusza. „Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących” (Dz 4, 32). Pamiętajmy, że nasz wzór To Jezus, Maryja i Józef. U nas nie powinno być różnic stanu, narodowości i sposobu życia. W Świętej Rodzinie powinni mieszkać tylko bracia. Skrupulatnie więc należy unikać wszelkiej rozmowy, w której wywyższałoby się swoją ojczyznę i wszystko to, w czym inni czuli by się dotknięci lub poniżeni. Takie samo nastawienie i poglądy należy przekazywać alumnom naszych małych seminariów duchownych. Już dobre wychowanie, a przede wszystkim miłość bliźniego wymagają tego, aby korzystnie i pochlebnie mówić o tym, co innym jest drogie, święte i bliskie, aniżeli o tym, co nam się podoba i z czym my uczuciowo jesteśmy związani.

Najsilniejszy węzeł miłości bliźniego tworzy zgoda. Serce przełożonego i każdego członka Zgromadzenia powinno bić jednym rytmem dla osiągnięcia wspólnych celów. Jeżeli dwie rzeczy równają się trzeciej, to i między sobą są równe. Trzeba zatem na przełożonych wybierać tych, którzy są bardziej przejęci duchem Zgromadzenia i chętniejsi do realizowania jego celów, którzy są bardzo przywiązani do Zgromadzenia i sumiennie przestrzegają reguły i obyczajów. Oni bowiem, mając silną rękę i odznaczając się wielką dobrocią, będą najodpowiedniejsi do godnego reprezentowania Instytutu na zewnątrz i do przysparzania mu blasku. Obowiązkiem sumienia jest wybierać do tak ważnej funkcji najgodniejszego. Nie wolno tu się oglądać na spory i skłonności partykularne. Przede wszystkim należy odrzucić takich kandydatów, którzy zdradzają chęć awansowania i starają się o urzędy. Duch bowiem takich daleki jest od ducha Świętej Rodziny. Raczej należy takich wybierać, którzy unikają honorów, którzy potrafią utrzymać karność w klasztorze, którzy potrafią sobie zjednać miłość i oddanie podwładnych przez swoją dobroć, poświęcenie się, roztropność i zachowanie tajemnic. Tacy bowiem potrafią na zewnątrz godnie reprezentować Zgromadzenie przez roztropne zarządzanie i szlachetność form przy kontaktowaniu się ze światem.

Gdy się już raz obrało takiego męża, wtedy wszyscy, którzy przedtem myśleli inaczej, powinni mu okazać swoje zaufanie, uznanie, podporządkowanie i synowską miłość. Powinni pomagać mu w pracy, pocieszać w trudnościach przez swojego dobrego ducha i słowa pełne dobroci. Raczej należy popierać jego działanie aniżeli myśleć o kontrakcji. Asystenci przede wszystkim powinni być tym zainteresowani, by popierać jego autorytet i w obecności poddanych nie powinni nigdy podkreślać swego niezadowolenia i okazywać, że są odmiennego zdania od przełożonego. Jeżeli w czasie posiedzeń rady wypowiadają się o tym, co uważają za odpowiedniejsze dla Zgromadzenia, choć są odmiennej orientacji, czynią to wszystko z powagą należną autorytetowi przełożonego.

Wszyscy, którzy mają w Zgromadzeniu jakiś wpływ, powinni go używać dla podtrzymania autorytetu władzy i należnego jej poważania. Dlatego też z wszelką energią powinni przeciwstawić się wszystkiemu, co przyniosłoby szkodę naszemu Dziełu przez fałszywą i złośliwą krytykę postępowania, zarządzeń i przedsięwzięć przełożonych.

Poddani nie powinni mieć wpływu na zarządzanie domem. Nie powinni nawet dążyć do uzyskania wyjaśnień na temat przyczyn różnych zarządzeń. Nad tym powinno być w Zgromadzeniu zachowane milczenie. Każdy niech przyjmuje z posłuszeństwem wydane zarządzenia i nich stara się przekonać innych o korzyści wykonania tychże zarządzeń.

Wybór asystentów ma wielkie znacznie ze względu na udział, jaki mają w kierownictwie Zgromadzenia. Uważać zatem należy, by tylko takich ludzi wybierać do rady, którzy odznaczają się roztropnością, dobrym duchem zakonnym, gorliwością i umiłowaniem karności zakonnej, którzy są zdolni dawać wszystkim przykład prawdziwego życia zakonnego.

W razie mojej śmierci niech pozostaną nie zmienione warunki i skład głównego zarządu Zgromadzenia, zaprowadzone za czasów mego życia, a które zaaprobował ks. Biskup z Hertogenbosch. Gdyby do tego czasu dwudziestu kandydatów do święceń nie było jeszcze kapłanami, wtedy trzeba by wysłać do Ojca św. prośbę, by mojemu następcy i jego Radzie dał pełnomocnictwa do zgłoszenia kandydatów do święceń. Poza tym wszyscy w posłuszeństwie i spokoju powinni współpracować z tym, którego wybiorą później na mojego następcę. Gdy to nastąpi, niech nie zważają na sprawy partykularne i drugorzędne dążenia. Należy się wówczas dużo modlić o światło i mieć na uwadze tylko rozwój Instytutu. Zaniechać należy wszelkiej innej akcji i zaufać całkowicie Opatrzności, która tym pewniej wkracza na arenę, im mniej ludzka miłość własna ją krzyżuje. Wtedy należy szczególnie pamiętać, aby oddać głos według swego sumienia, a nie ufać tym, którzy werbują głosy dla siebie, dla swego wywyższenia, dążąc do urzędu.

Ważną jest także rzeczą, by wybrany przełożony przybrał sobie obrotnego i zdolnego sekretarza, który by zadbał o to, aby wszystkie listy wychodzące z kancelarii w języku francuskimi i łacińskim były redagowane bez zarzutu, według wymaganych form.

W wypadku, gdyby przełożony generalny musiał udać się do Rzymu lub do innej instytucji kościelnej, niech ze sobą również zabierze dobrego sekretarza w charakterze eksperta. Takiego sekretarza może sobie wybrać według własnego uznania.

Gdy już przełożony jest wybrany, wówczas wszyscy bez skarg i narzekań przyjmują z całego serca wynik wyborów. Poza względami należnymi przełożonym, nie ma ważniejszych spraw i względów nad te, które odnoszą się do naszych dobrodziejów. Pamiętać o tym należy, aby każdej soboty w ciągu roku była odprawiana Msza św. za dobrodziejów żywych i umarłych i pamiętać trzeba o nich w codziennych modlitwach. Często przypominać należy o tym obowiązku wszystkim i podkreślać, że kto w domu klasztornym otrzymuje wszystko dzięki ofiarom świeckich, powinien przynajmniej z wdzięczności dla tych dobrodziejów żyć święcie i pobożnie, aby uprosić dla nich Boże błogosławieństwo. W tej też intencji każdy ksiądz podczas Najświętszej Ofiary, a pozostali przy przyjmowaniu Komunii świętej, niech pamiętają o żywych i zmarłych dobrodziejach naszego Zgromadzenia. Ks. Biskup pozwolił przyjmować fundacje mszalne. Należy jednak uświadomić ofiarodawcom, że w razie straty kapitału ipso facto ginie obowiązek odprawiania Mszy św. Przyjęcie takich fundacji może stanowić dla Instytutu pomocnicze źródło utrzymania. Kapitał nieodprawionych stypendiów należy jednak otoczyć jak największą troską i zostawić go nienaruszonym, dopóki Msze św. nie będą odprawione. A więc nie powinno się go używać na zwykłe zakupy i prace budowlane. Zobowiązania, przyjęte wraz intencjami, muszą być wiernie wykonane. Stypendia na takie fundacje mszalne przyjmuje się według ustaleń Kurii Biskupiej i przepisów Stolicy Apostolskiej. Ponieważ takie Msze wymagają szczególnej troski, można za nie przyjmować wyższe stypendia, niż zwykle.

Dotąd dawałem Moim Dzieciom korzystne rady. Zanim jednak skończę, muszę jeszcze ich zachęcić z głębi mej duszy i z całą miłością, jaką ich darzę, aby zachowywali wiernie swoje śluby. Niech z troską największą starają się o pielęgnowanie cnót, jakie zawierają śluby: ubóstwa, czystości i posłuszeństwa. Te bowiem cnoty gruntownie usuwają przeszkody, jakie stają się na drodze doskonałej miłości. Niech unikają wprowadzania zmian i nowości, ponieważ takie zmiany pociągają za sobą znów inne i coraz gorsze. Przez takie zmiany, pierwotne dzieła zatracają swój właściwy charakter i mogą także zaprzepaścić błogosławieństwo niebios, które było przyczyną ich powstania. Przełożeni powinni szczególną uwagę poświęcić temu punktowi i baczyć stale, by raczej stać na straży tradycji i nie wprowadzać nowości. „Zachowaj dobro tobie powierzone” – Wszystkie dobre duchy, które w Zgromadzeniu mają coś do powiedzenia, niech uczynią wszystko, aby zachowana była tradycja i zwyczaje, a przede wszystkim te reguły, które Zgromadzeniu nadają rysy podobieństwa do Św. Rodziny. Tymi cechami są: prostota, szczerość, skromność, ubóstwo, posłuszeństwo, miłość braterska oraz duch modlitwy.

O Święta Rodzino! Ciebie wzywam, kończąc mój testament. Pod Twoją opiekę postawiłem to skromne Dzieło od samego początku jego powstania! Przez Ciebie stało się wszystko dobro w tym domu, nawet u tych, którzy nie wytrwali. Przez Ciebie wzrosła ta rodzina w pokoju i dobrym duchu. Zachowaj dla niej swą łaskawość. Ugruntuj cnoty, które za Twoim przykładem są tutaj pielęgnowane! Oddalaj od niej ducha światowego, chęć sławy, pychę oraz dążenie do wygody i zainteresowań ziemskich! – Przed moją śmiercią to jedno tylko mam pragnienie i tę ambicję, bym widział ją, jak będzie wzrastać w Twoim duchu. Jestem, bowiem przekonany, że przez to pomnoży się liczebnie i uczyni wiele dobrego dla tych, których u siebie przyjmie i dla tych, których buduje swoim przykładem. „Nie bój się, mała trzódko!” – tak wołam do Moich Dzieci. Jeżeli będziecie się starali być dziećmi Świętej Rodziny, niczego wam nie zabraknie. A według zapewnienia Opatrzności, będziecie twórcami dobra. Nie starajcie się zbyt dużo obejmować. Nie zakładajcie domów w warunkach, jakich ja to dzieło założyłem. Poczekajcie z założeniem, aż będziecie tam mogli posłać trzech księży, rozumiejących się wzajemnie wraz z dobrym i stałym przełożonym.

Jest rzeczą jasną, że należy prowadzić tylko jeden scholostykat. A gdy koszary będą nim wypełnione (dom macierzysty w Grave), wtedy szkołę apostolską można będzie założyć gdzie indziej. Tam będą kursy średnie przed nowicjatem. Stamtąd kandydaci przejdą do wspólnego nowicjatu, a potem do scholastykatu. Dla tego ostatniego należy przeznaczyć najpobożniejszych profesorów, posiadających gorliwego ducha i naukowo najlepiej przygotowanych.

Jeżeli Instytut kiedyś podzieli się na prowincje, wtedy nic nie stanie na przeszkodzie, by założyć więcej nowicjatów i scholastykatów. Najlepiej będzie zatrzymać szkoły apostolskie w Grave tak długo, jak to będzie możliwe. To daje wychowaniu większą jednolitość.

Kończę słowami: W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego! – W Imię Jezusa, Maryi i Józefa! – Jezu, Maryjo, Józefie – bądźcie przy mnie przy skonaniu i sprawcie, bym przy Was oddał w spokoju ducha!

 

Grave, 8 września 1903 r.

ks. Jan Berthier

(Tłum. Ks. Zachariasz Kruża MSF)

 

 

Żródło:

A. J. Sobczyk MSF, P. J. Krupa MSF,

W kręgu duchowości świętorodzinnej,

Wielki Klincz 2007, s. 119-128.

(pobierz .pdf)

 

 

POWRÓT